Nie wiem jak u Was, ale w Giessen niepodzielnie i bezkompromisowo rządzi Pani Jesień. Co więcej, mimo pozornej delikatności utrzymuje swój jesienny reżim żelazną ręką. Jakkolwiek groźnie to brzmi, przyznam, że byla to dla mnie przyjemna niespodzianka. Wiecie, niby koniec października a liście na drzewach trzymają się jakby im kto w nocy ogonki specjalnie klejem smarował albo przypinał, żeby nie pospadaly. Także fauna nie wymięka i zdradzę Wam nawet, że o 6 rano można na Eichendorffring spotkać nie tylko wiewiórki ale nawet i zająca (!).
Ale jesień to nie tylko fascynacja przyrodą i melancholia, jesień to także wymarzony czas na zapadanie na choroby reumatyczne. Gdy odczytałem na liście gdzie przez najbliższe 5 tygodni będę realizowal część praktyczną chorob wewnętrznych, osłupiałem. Jak to, że niby mam brnąć w tę najczarniejszą, chińską magię? Przecież w Warszawie to nawet oddzielny blok nie jest...
Pierwsze pół godziny, lekarz pokazuje nam jak się bada pacjentów cierpiących na przeróżne bóle stawów; na twarzach (także Niemców) stopniowo wraz z kolejnymi rytualnymi wręcz odgięciami kończyn ukazuje sie grymas niedowierzania i przerazenia. Ale nie, pani Dozent nie zwalnia a wręcz przyśpiesza, jak w transie jakimś cholera, oklepywanie kręgosłupa, odstęp między żuchwą a wcięciem mostka, ile pacjent da radę się pochylić do przodu i jaki odstęp od rąk do ziemi... Uświadomiłem sobie, że wylądowałem w reumatycznym piekle.
Pobiezne przemknięcie po liście pacjentów. Syndrom Sharpeya (nawet o tym nie słyszałem), Psoriasis arthritis (e?), troche RZS, sklerodermia (raz widziałem na Bachama) i jeszcze kilka takich egzotycznych smakołyków. Ani jednego zawału, zatoru, POCHP, słowem nic normalnego.
To jak w takim ukladzie wyglądało badanie i wywiad z moim pierwszym pacjentem zostawiam na jakieś dłuższe posiedzenie i to raczej w mocnym składzie, bo kielich będzie tu nieodzowny :D
Il pleut...
-
Il pleut
C'est malheureux
Il pleut depuis ce matin
Il veut
S'emparer de mon être
Sans paraître malhonnête
Il pleut
Dans ces gouttes de pluie
Mes doutes s...
17 lat temu

2 komentarze:
Biedny Piotr - jestes skazany na Spartanska. Nie dosc ze dr. Walczak cie pokochala, to i bedziesz najbieglejszym studentem na WUMie z tych wszystkich ZZSKi innego gośców.
W Polsce jesień dała nogę - dziś niemal zamarzłem stojąc 4h przed Biedronką bawiąc się w społeczniaka (zbierałem podpisy od społeczeństwa Otwockiego).
Tylko żebyś po tej całej reumatologii nie pomylił zatoru płuc z sarkoidozą.
Witam, witam!
Jakoś dopiero teraz, z rana (na kacu) zawitałem na tego bloga i muszę przyznać, że począwszy od dnia dzisiejszego będę tutaj wpadał całkiem regularnie. Tylko poproszę trochę więcej zdjęć, bo dobrze uzupełniają opisy i wzmacniają już i tak niemałą ekspresję ;D
Od dłużego czasu zastanawiamy się z Olsenem, czy moglibyśmy do Ciebie przyjechać na weekend, od 7 do 11 listopada. Zabralibyśmy jeszcze Michały. A może jeszcze ktoś by się do nas podczepił i pojechalibyśmy dwoma samochodami? Jeśli odpowiada
Ci ten termin to czekam na zmówienia. Polskiej goudy już nie musisz zamawiać, jest wypisana na liście ;D Jeśli o czymś z domu zapomniałeś, albo chcesz jakieś książki, to też możemy Ci podrzucić.
A propos niemców, ostatnio poznałem jednego zupełnie łamiącego negatywne stereotypy o tej nacji. Zakumplowaliśmy się w dość nietypowy sposób: podczas wykładu jakiś gościu siedzący obok mnie zaczął mi zadawać pytania dotyczące omawianego materiału. Wymieniliśmy kilkanaście zdań. Potem na przerwie, widząc że piję kawę, spytał się mnie, gdzie znajdzie automat do kawy. Objaśniłem mu. Znowu padło kilka zdań. Następnie poszedłem na całą przerwę, załatwiać jakieś tam administracyjne sprawy (swoją drogą też dotyczące wymiany) i po powrocie zapytałem się nieznajomego, po jakim jest wydziale, mówiąc mu przy tym, że wcześniej go nie widziałem. Pomyślałem sobie "Pewnie przyszedł na magisterkę". A tu nagle okazuje się, że nie dość, że tajemniczy nieznajomy nie jest z mojej uczelni, to nie jest nawet z jakiejkolwiek uczelni w Polsce. Mój nowy znajomy - Franck, jest Niemcem, który przyjechał na wymianę z politechniki w Dreźnie. Mówi po polsku tak dobrze, że nie tylko dla mnie było to prawdziwym szokiem. A to tylko po 2,5 roku nauki. Myślę sobie "Dobra, dobra, chłopie. Wiem po co tu przyjechałeś. Żony sobie szukasz" ;D I tym razem minąłem się z prawdą w swoich domysłach. Franck ma w Dreźnie dziewczynę i raz na miesiąc leci samolotem do domu w odwiedziny, a na naukę polskiego zdecydował się, gdyż język ten, ze względu na swoją skompliwkaną, często nielogiczną strukturą, wydał mu się prawdziwym wyzwaniem. Na dodatek kultura polska zwabiła go swoim powszechnym indywidualizmem. Oczywiście to, że każdy "stawia na swoim" prowadzi do niezwykłego bałaganu we wszystkich dziedzinach życia, ale także niejednokrotnie jest czynnikiem wyjątkowo urozmaicającym życie.
A tymczasem - kaca już prawie nie ma ;D
3maj się i pozdrów ode mnie wszystkie Niemki, bez wyjątków ;D
Prześlij komentarz