Tak więc dwieścia lat po Goethem, sam zdecydowałęm się poszwendać po Wetzlar. Godzina 12:24, Słońce w górze, orzeźwiający chłodek... - warunki w sam raz do ataku na starówkę.
Powyżej klasycznie już moje ulubione białe domki - Fachwerke (zwane w Polsce nie wiedzieć czemu murem pruskim). Chętnie bym kiedyś taki postawił w środku Warszawy - myślicie, że wpasowalby się w otoczenie?
Dla wszystkich spragnionych sztuki sakralnej nie mogło oczywiście zabraknąć katedry. Już się zaczynam z wolna przyzwyczajać, że takich katedr to w zachodnich Niemczech tyle co grzybów po deszczu; co się gdzie człowiek nie pojawi to prężą się, napinają i wręcz pozują do zdjęć. Ów przybytek na zdjęciu ma już, bagatela, prawie 800 lat.
A tu poniżej Schillersplatz - z czuwającym nad całym interesem orzełkiem.
Jedna z rzeczy, która mnie zaskoczyla w Wetzlar był niezykły spokój i praktycznie brak turystów. Wyobraźcie sobie, że zasuwałem po tych małych, krętych uliczkach i czułem jakbym był na ta starówce zupełnie sam!
Jednak nie ma to jak brak ludzi.
A, byłbym zapomniał. Nie wiem jak u Was ale tutaj już zaczyna się już "regularna" wiosna! Najdalej za 2 tygodnie wszystko tu będzie kwitnąć... Oj , już widzę, że w tym semestrze będą kłopoty z koncentracją nad ksiażkami ;)
